Przejdź do głównej zawartości

Posty

Ukryty pod maską nihilizmu

Jeżeli miałbym powiedzieć, o czym najłatwiej mi się pisze, to chyba o tym jak to wszystko nie ma sensu. Gen narzekania mam we krwi, cóż poradzę. Sens nie istnieje. Nie ma po co się starać, zawsze znajdzie się ktoś, kto butem ściągnie cię twarzą prosto w błoto. Nie wystawaj poza szereg, nie wyróżniaj się, bo zaraz ktoś cię ośmieszy albo w skrytości ducha znienawidzi. Nie istnieje wyższa wartość, która z góry nie byłaby skazana na porażkę. Dajcie mi jakikolwiek temat, a zaraz to zaneguję, nawet jeśli w coś wierzę. Nauka? Nuda, trzeba wytężać umysł. Nie po to się rodziliśmy, żeby się teraz zamęczać. Co więcej, prawie nikt w praktyce nie powtarza trzykrotnie badań, a statystycznie można wyliczyć co tylko się chce. Doświadczenia robione do czasu, aż wyniki potwierdzą postawioną na początku hipotezę. Nie wyszło? No to powtarzaj, choćby piętnaście razy, a jak wyjdzie co trzeba ten jeden, jedyny raz, to pokażemy publice jak nasze piękne wyniki pokrywają się z założeniami projektu. Religia? Opi...

"Property of no one"

Widziałem kiedyś osobę w koszulce z wielkim napisem głoszącym, że jej właściciel to "property of no one". Od tego czasu co jakiś czas wracam myślami do tego stwierdzenia. Tak naprawdę nikt z nas nie może uważać się za "niczyją własność", jesteśmy uzależnieni od tylu osób, rzeczy, instytucji, że tak naprawdę całe wyrażenie traci swój sens. Jesteśmy "własnością" banków, pracodawców, używek, zdrowych i niezdrowych przyzwyczajeń, nawyków wypracowanych czasem latami. Jesteśmy "własnością" mediów, rządów, celebrytów. Na każdym kroku, świadomie bądź nie, spotykamy się z manipulacjami, a nasze dusze przeciągane są to w jedną, to w drugą stronę, jakbyśmy byli głównym przedmiotem w zawodach w przeciąganiu liny. Związani kredytami, potrzebą wygodnego życia, posiadania "własnych" czterech kątów, od których i tak trzeba odprowadzać podatki czy płacić czynsze. Fakt bycia śmiertelnymi istotami jest dla nas tak oczywisty, a jakoś nikt nie burzy się, że...

Trochę o perspektywie

Ostatnie parę miesięcy spędziłem dosyć ciekawie. Dużo się u mnie pozmieniało. Przybył mi kolejny rok, ubyło sporo wagi, mam też wrażenie, że trochę bardziej na luzie zaczynam podchodzić do niektórych rzeczy, które wcześniej były dla mnie uciążliwe i nieciekawe. Przesiadłem się na rower, więc umysł też się trochę rozjaśnia. Zmieniłem motyw bloga, na taki ze zdjęciem domu, bo to jest w tym momencie czymś, co zaczyna się dla mnie bardzo liczyć. Zmieniliśmy mieszkanie z Karoliną (moją Ukochaną, jakby ktoś, kto mnie nie zna kiedyś trafił na ten wpis), na takie bez współlokatorów. Chwilowo więc jesteśmy bardziej "na swoim" i mega mi się to podoba. Ogólnie jest spoko, dążę do tego, żeby moje życie było bardziej stabilne niż pełne bodźców, ciekawy jestem jak na tym wyjdę. Ciekawy jestem też paru innych rzeczy, takich jak to, po co my tak właściwie żyjemy. Czytuję sobie o tym, czym jest świadomość, jak działa życie, od najmniejszych, do największych fragmentów, które znamy i zauważam...

Ludzki żeń-szeń

Miałem nic nie pisać, ale właściwie to jak już mania, to pełną parą. Zastanawiałem się długo, jak powinienem pisać, co powinienem pisać i jakby było najlepiej, żeby to była ogromna spójność, żeby nikogo nie urazić, a w ogóle to najlepiej, jakby wszyscy chcieli mnie czytać, żebyśmy razem w rozwoju sobie trwali, zamiast w marazmie spędzali dzień za dniem. Myślałem nie wiadomo jak mocno, co by tu zrobić, żeby było ciekawie ale i pożytecznie. Ale wiecie co? Jak czasem coś walnie w głowę, to może być i nieprzemyślane, i absurdalne, może mało zrozumiałe. Czy to gorzej, czy nie, kwestia sporna, w każdym razie chciałbym sobie jakieś takie wynurzenia prosto z siebie pouskuteczniać, chociaż tak przez chwilę. Boli mnie wiele rzeczy. Bolą mnie łopatki jak się źle wyśpię, boli mnie głowa, często pieką oczy. Ale najbardziej mnie boli to, że jest tak dużo dobrych ludzi, którzy są traktowani źle. Przez ludzi, przez rodzinę, przez społeczeństwo. Sam się do tego przyczyniam, nie będę z siebie robił nie ...

Artystyczne nic

Żyję w coraz większym przekonaniu, że mam twórczą chorobę afektywną dwubiegunową. Ciągłe momenty twórczych wzlotów i upadków, manie ciągłego dążenia do pisania przeplatane ogromnymi połaciami artystycznej depresji, w których jakby celowo próbuję zapominać, że lubię pisać, przekonując siebie, że jest tyle innych rzeczy do robienia. Życie nie rozpieszcza, jak to mówią.

Najlepszy sposób na życie?

Jaki jest właściwie ten złoty środek, którym powinniśmy się kierować w życiu? Dzięki czemu najlepiej można osiągnąć sukces? Jak być szczęśliwym, żyć bez wyrzutów sumienia? Hmm... Może można zgłosić się do jakiejś mądrej głowy, która nam powie? Lepiej żyć szybko, skupiać się na chwili obecnej, za motto uczynić sobie "chwilo trwaj!"? Czy może jednak dążyć powoli, acz skutecznie, ku swoim marzeniom, byle do celu, nie najszybciej, jednak zawsze? Czy lepiej spojrzeć na innych z góry, gdy dotrzemy do końca Drogi, ciesząc się tym, że prześcignęło się swoich rówieśników i ludzi nam bliskich, napawać się dumą, że zrobiło się samemu coś, co jest nieosiągalne dla tych "zwykłych" ludzi, czy postawić na inną kartę? Na tę, która każe nam wyciągać tę pomocną dłoń, która wydaje się wielu tak ważną, tak potrzebną, nawet gdy tego nie widzimy. Sprawić, że świat będzie podziwiał naszą mądrość, sprawność, determinację? A może jednak naprawić trochę swoją rzeczywistość, ucząc ludzi swoje...