Przejdź do głównej zawartości

Coś innego

Poruszam się na skraju istnienia,
Wciąga mnie pustka, zatrzymuję umysł.
Jest we mnie wszystko, lecz nie ma nic.
Świat jest zbyt piękny, by martwić się,
Byt doskonały, to właśnie to,
co mnie odciąga od nauki chemii.

Tak jakoś mam, że w nocy najlepiej mi się pisze. Nie rozprasza mnie wtedy tak dużo rzeczy, jak podczas dnia, kiedy wiele dzieje się dookoła. Kiedy nadchodzi późna pora, świat zwalnia, zasypia, a ja wtedy siedzę sobie sam ze sobą, odnajdując to, co przez cały czas jakoś uciekało, wokół mnie tworzy się wtedy spokój, jestem w swoim centrum. Wtedy wprost idealnie mi się uczy. Muszę jakoś to połączyć, żeby uczyć się i pisać, więc po prostu wrzucam sobie do głowy pojęcia i zasady, słuchając muzyki i czekając na natchnienie. Zlecam sobie znalezienie tematu do rozważania i zajmuję się tym, czym powinienem. Zazwyczaj jest taki moment, kiedy nadchodzi wena, a palce prawie że same wędrują po klawiszach. Dobrze byłoby, jakbym ten nocny spokój przenosił na okres mojej dziennej aktywności, dużo by się pozmieniało. Na razie udaje mi się tylko, kiedy jestem z Ukochaną (pozdrawiam Cię) i robimy coś wspólnie, pojawia się to uczucie wewnętrznej spójności, tak więc mam swój znak, że znalazłem się na dobrej drodze. Teraz nic tylko dawać z siebie wszystko i przeć naprzód.

Stwierdziłem sobie, że pobawię się dzisiaj słowami troszkę więcej niż zazwyczaj, pokieruję się całkowicie sercem, a umysł zostawię na uboczu.

Zawsze imponowali mnie ci wszyscy mędrcy, pojawiający się w książkach czy filmach pokazujących kulturę Dalekiego Wschodu. Nieustannie niewzruszeni, spokojni, wiecznie będący w samym centrum swojego istnienia, idealnie wyważeni, jakby doświadczyli już wszystkiego w życiu i nic nie mogłoby ich poruszyć. We mnie jest pełno zmieniających się emocji, ciężkich do opanowania, wszystko mnie absorbuje, muszę zmuszać się do tego, żeby się skupić, dlatego jakoś tak stawiam sobie wieczny spokój za pewien wzór życia, który chciałbym osiągnąć, chociażby dlatego, że jest on taki nieuchwytny. Szukam wzorców u ludzi uznawanych za wielkich, rozpatruję do czego mógłbym dążyć, co powinienem odrzucać, ale staram się przy tym zachować też tego oryginalnego, niesfornego siebie, który śmieje się, kiedy czyta o tym, że mistrzowie zen posiadają swoje skalne ogródki, gdzie trzymają kamyki i piasek, zajmują się nimi godzinami, darzą miłością, bo wyobraża sobie, jak wyprowadza swój kamień na smyczy na spacer, pogwizdując sobie na cały regulator i dając mu komendy.
 Wymyśliłem nawet bajkę o kamieniu.
Był sobie pewien kamień. Raczej taki zwykły, nie żaden szlachetny, ot, taki żwirek jakich wiele. Nie wyróżniał się za bardzo, leżał całymi dniami w ziemi. Na początku było mu miło, mógł całymi dniami wylegiwać się i odpoczywać, Daleko mu było do martwienia się o przyszłość, istniał empirycznie i paradoksalnie, niezmienny obiekt w zmieniającej się przyrodzie, obserwujący otaczający go świat. Przyszedł jednak dzień, że został zabrany ze swego domu, pojawili się bowiem ludzie, zrobili z niego swojego niewolnika, rozłupali na wiele kawałków, wpakowali w wielkie, buczące wozy i przetransportowali w nieznane mu miejsce. Bał się, kiedy jechał, nie wiedział bowiem co dzieje się dookoła niego, nie mógł zareagować, był przecież kamieniem, a o takich mówi się, że nie są żywe, został więc zostawiony sam sobie. Jechał tak przez wiele dni i nocy, aż w końcu wylądował u celu podróży. Ludzie wysypali zawartość ciężarówki na plac pewnej jednostki nauczania, kamień wylądował jako dekoracja, otoczony betonowym krawężnikiem. Był kopany przez wiecznie zabieganych studentów, którzy nie zauważali nawet tego, że znalazł się on pod ich ubłoconymi butami. Szturchany, zniewolony kamień zaczął się bać. Odczuwał niepokój o każdą chwilę, o to, że za niedługo może znowu być potraktowany jak najgorsza z rzeczy, niegodna swego istnienia, pogardzany w swej zwyczajności. Nie mógł tego wytrzymać, ale nie mógł też działać. Taka jest specyfika kamieni. W końcu jednak znalazł się ktoś, kto przechodził obok i zauważył go, ten jeden, wyjątkowy, zalękniony kamień, przyjrzał się mu i stwierdził, że musi mu pomóc. Wziął bryłkę w swoje ręce, ogrzał ją i schował do plecaka. Kamień poczuł, że teraz nie ma co się bać, może zwiedzać okolice w zaciszu plecaka, niezmiennie będąc w tym samym miejscu, w małej kieszeni. Wiedział, że nie jest już nikomu obojętny, poczuł, że świat jest wspaniałym miejscem, że warto jest czekać na dobro, bo ono pojawia się nawet wtedy, gdy jest się zrezygnowanym, gdy nic już się nie chce i brak jest motywacji.
Tak kamyk otrzymał trochę ciepła, a ja zyskałem nowego przyjaciela. ;) Kiedyś zrobię mu piaskowy ogród, żeby było mu dobrze i kto wie, może dołączy do drugiego, którego podarowałem mojej Ukochanej, wyszlifowanego przez połączone działanie słonej wody i polerowania. Kto wie, jak to jest z tymi kamieniami, podobno w każdej bajce jest ziarnko prawdy...

 Zachęcam do komentowania, bo w ogóle nie czuję, żebym do kogoś trafiał, prócz moich najbliższych wspierających mnie zawsze i wszędzie. Trzymajcie się, dużo szczęścia życzę!

Komentarze

  1. Niezmiernie mi się podoba to ciepłe opowiadanie...Troszkę się ogrzałam od tego kamienia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kamyk jakby umiał mówić, na pewno kazałby przekazać, że bardzo go to raduje, bo ciepła nigdy za mało. :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Cisza

Rozpraszam się. Rozmywam w oceanie zmysłów. Tulony przez ciszę. Próbuję odnaleźć siebie w istnieniu. Bo jeśli to nie Ja, ja nie jestem sobą, czy nikim się staję? Być nikim, jakież to podłe określenie. Odważnym, bezczelnym się lepiej tu żyje. Lecz paradoksalnie to w ciszy jest siła. Cisza potrafi kark ugiąć, duch złamać. Elektryzuje, przeraża i wciąga. W ciszy udaje się przejrzeć zasłonę Co w pustce schowana, porusza coś w duszy. To za nią jest światło.  To za nią trwa burza. Wieczna, elektryczna. Z oddali ją widać. Wyładowania i błyski, jak sztuczne ognie rozpalone o północy w Nowy Rok.  Zbliża się zmiana.  Już czuć, jak pachnie świeżością. Brand new. Wsiadaj i jedź. Siedzę na klifie, na granicy umysłu i patrzę się w pustkę. Fale nieświadomości tłoczą się leniwie, mimowolnie wyznaczając granicę pomiędzy tym, co znane, a tym, czego poznać nie sposób.  Wstaję. Chwiejnym krokiem cofam się powoli. Podchodzę do drzwi. Wyciągam rękę,...

W którą stronę siejesz wiatr?

Jedno pytanie, nad którym myślę, że warto się zastanowić:  W którą stronę siejesz wiatr?  Właśnie z tej strony powróci do Ciebie burza.  Zastanów się dobrze, gdzie kierujesz swoją uwagę, Na co wykorzystujesz swoją energię.

Karuzela strachu

 Najpierw okropnie się boisz. Potem bierzesz głęboki wdech. Witasz się z lękiem, opanowujesz Wyciągasz swą rękę i oswajasz nieco.  Nawet się uśmiechasz, choć trochę półgębkiem, Nieśmiało tak jakoś, na wspomnienie przeżyć,  Co z przeszłości wzięte witają cię w progu.  A potem znów jazda, bo zataczasz koło.  Musisz się nauczyć czyszczenia historii. Jak tego nie zrobisz, to skończysz jak derwisz. Wirując jak Wszechświat,  Strachem pochłonięty.